Stanisław Batruch

"Malarz uśmiechniętych Syzyfów"

O malarstwie Stanisława Batrucha nie umiem pisać z pozycji mędrca, wyposażonego w „szkiełko i oko" oraz kunsztowny aparat terminów krytyki sztuki. Mnie wyposażono w uniwersytecie w aparat do wymądrzania się nad literaturą. Dlaczego więc zabieram się za coś, na czym oficjalnie się nie znam? Otóż usprawiedliwia mnie to, że żaden twórca nie maluje dla krytyków, lecz głównie dla tych, którzy z nim współczują. Terminu tego używam w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu - czyli czują tak samo jak on, wspólnie z nim. Obserwuję malarstwo Stanisława Batrucha od trzech dekad z tej właśnie pozycji - odbiorcy współczującego.

    Droga Stanisława Batrucha do malarstwa nie była prosta. Urodził się w 1935 roku w Zagórzu, małym miasteczku u stóp Beskidu Niskiego. Liceum Ogólnokształcące ukończył w Sanoku. Potem imał się różnych prac. Był kolejarzem (jak Reymont), był... był... W tym czasie zaraził się malarstwem. Najpierw w Muzeum Okręgowym w Sanoku, gdzie znajduje się bogaty zbiór obrazów polskich postimpresjonistów, podarowany miastu przez malarza Franciszka Pronaszkę, związanego z Komitetem Paryskim. Kontemplacja malarstwa i własne doświadczenia malarskie skłoniły go do startu do krakowskiej ASP. Pierwsze podejście się nie powiodło. Żeby nie tracić kolejnego roku, zaczął naukę w Studium Nauczycielskim w Rzeszowie na kierunku wychowanie plastyczne. Takie dwa lata „przedstudiów" dobre są, by upewnić się w wyborze dalszej drogi życiowej, a ponadto dodają pewności siebie. Bo przecież ma się już w kieszeni jakiś dyplom. Dyplom wykwalifikowanego nauczyciela szkoły podstawowej. Tak jak życzyli sobie od początku rodzice. Ale Batruch postanowił spróbować kolejnego podejścia do prawdziwych studiów malarskich. Tym razem się powiodło. Miał już wtedy 25 lat. Studiował w Akademii Sztuk Pięknych w latach 1960-1966 u Hanny Rudzkiej-Cybisowej, do której przylgnął tytuł Wielkiej Damy Polskiego Malarstwa. Między innymi jej dzieła podziwiał wcześniej w sanockim muzeum. Po studiach został najpierw nauczycielem malarstwa w Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie - tak więc przydały się nauki pedagogiczne - przez jakiś czas był odpowiedzialny za studencką kulturę w Radzie Okręgowej Zrzeszenia Studentów Polskich w Krakowie, potem został asystentem w ASP, gdzie obecnie jest profesorem i prowadzi pracownię malarstwa na wydziale grafiki. Ale zanim zaczął wystawiać w galeriach, wraz z grupą przyjaciół malarzy i rzeźbiarzy organizował akcje plenerowe, dziś powiedzielibyśmy raczej - instalacje, poświęcone sprawom zagrożenia naturalnego środowiska człowieka. Było to tuż po pierwszym apelu sekretarza generalnego ONZ, U Thanta w tej sprawie, a grubo wcześniej nim narodziły się jakiekolwiek mchy ekologiczne w Polsce. Działo się to w Krakowie na placu Hanki Sawickiej. Kto dziś pamięta Hankę Sawicką, a jej plac?

   Na początku malował - jak to pisał Stanisław Rodziński w szkicu poświęconym Batruchowi, opublikowanym przed laty w „Nowym Wyrazie" - „krajobrazy i kompozycje, poprawne w kolorze, zgrabnie budowane, w których doświadczenie malarstwa abstrakcyjnego porządkowało obserwację". Ale z czasem, jak konkluduje Rodziński, wyzbywa się Batruch „dziarskiej anonimowości, jaką grzeszy nieraz twórczość robiona bezpośrednio po studiach", natomiast zaczyna traktować sztukę jako formę rozmowy z człowiekiem i zadumy nad prawidłowością swego życia i działania. Tak sformułował Batruch swój wczesny program we wstępie do jednej ze swych prac. Potem zaczął poszukiwać znaku, symbolu, który by porządkował nasze otoczenie. Porządkował świat. Pitagorejczycy za symbol, w którym mieści się cały świat, uważali liczbę. Jest taki obraz z początku lat siedemdziesiątych zatytułowany Przejrzał. Składa się z liczb i symboli matematycznych: dodawania, odejmowania i równania, ale zza nich wyłania się człowiek Z wyciągniętą ręką. Batruch w poszukiwaniu symbolu, od liczb przez znaki drogowe doszedł wreszcie do sylwetki ludzkiej.

   Przed kilkunastu laty, gdy Staszek miał jeszcze pracownię przy ulicy Szewskiej - przechodząc ulicą, patrzyłem w okna jego pracowni — gdy świeciło się w nich światło, bądź uchylone było okno, przy którym stały sztalugi - wpadałem. Przez te otwarte okna przed kilkunastu laty pokazał mi Stanisław Batruch temat, który przeniósł właśnie na płótno. Ciemne sylwetki pod parasolkami w niebieskiej, mglistej poświacie krakowskiego deszczu. W tej prawie niemal jednolitej kolorystyce wyróżniała się jedna kobieca postać w bordowym kolorze. Gdy kilka lat później w Liście Schindlera Stevena Spielberga zobaczyłem czarno-białą scenę z dziewczynką w czerwonej sukience - jedynym kolorowym elemencie tej sceny, miałem wrażenie deja vii. Z tego samego okna zobaczyłem też temat innego obrazu Stanisława Batrucha, wzięty z krakowskiej ulicy. Przedstawiał szaroniebieskie sylwetki ludzi odwrócone od widza, stojące przed szybą nie do sforsowania. Obraz bardzo wieloznaczny, symboliczny, choć inspiracją dla niego była witryna dawnego Jubilera", przed którą wystawali ludzie, pragnąc w codziennej szarości popatrzeć na namiastki luksusu, bogactwa, na które nie było ich stać. Dziś w tym samym miejscu istnieje sklep z takim samym asortymentem, tyle że z bogatszym wyborem, bo prywatny, więc strzeżony pancerną szybą, za którą dawniej chowali się tylko najwyżsi na świeczniku. I ludzie nadal stoją przed nim, tak samo jak przed laty, by popatrzeć, bo nadal nie stać ich na to, co za pancerną szybą.

   Potem oglądałem inne wersje tego tematu. Raz był to człowiek wtaczający kamień na szczyt góry, innym razem grupa ludzi przed i za przeszkodą, skoczek wykonujący akrobatyczny skok nad biało-czerwoną tyczką, człowiek przytłoczony ciężarem krucyfiksu. Za każdym razem był to człowiek stojący przed wyzwaniem, barierą do pokonania. Jednym słowem Syzyf. Zawsze jednak widziałem w tych Syzyfach Stanisława Batrucha, Syzyfa Alberta Camusa, bohatera jego trudnego egzystencjalizmu humanistycznego. To znaczy takiego, który ma świadomość nieskuteczności swoich wysiłków, ale mimo to ciągle je podejmuje. Mało tego, podejmuje swój absurdalny trud z uśmiechem.

   W twórczości Stanisława Batrucha istnieje szereg obrazów układających się w cykl Procesje. Na jednym z nich, zatytułowanym W drzwiach grupa osób idzie w otwarte w głębi drzwi, z których bije mocne światło. Grupa uczniów jednego z krakowskich liceów pytana o wrażenia, jakie narzucają się po obejrzeniu tego obrazu, na pierwszym miejscu wymieniła optymizm. Podobnie określiła błękitne Parasolki. Bo nad postaciami idącymi w deszczu także rozwarła się szczelina ze światłem.

   Kiedyś zastałem Stanisława Batrucha w jego pracowni, malującego pysznego torreadora. Takiego, jakiego mógłby namalować El Greco. - Czy to nie za mało nowoczesne? - Zapytałem. - Nie lubię tego słowa. - Usłyszałem w odpowiedzi. - Bo za tym określeniem ukrywają się różni szarlatani. Wolę określenie „współczesne". Niektórzy na pytanie, jaka jest różnica między nowoczesnością a współczesnością, odpowiadają -- i ja się z nimi zgadzam - że nowoczesność starzeje się szybko i to brzydko, jak pisał Jerzy Stempowski, a współczesność towarzyszy swojemu czasowi. Więc się nie starzeje.

   Zostawmy zresztą etykietki, te starzeją się najszybciej. Malarstwo Stanisława Batrucha z przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych korespondowało z wysoką temperaturą dyskusji tych czasów. Było "publicystyczne", bądź "społeczne", by użyć znowu słów-kluczy. Było antropocentryczne, bo zawsze w jego centrum był człowiek z jego uwikłaniami we współczesność. To wtedy powstały obrazy, w których ludzie stoją przed barierami, szlabanami, „próbują pokonać poprzeczki w skoku". I zawsze te symboliczne bariery do pokonania, malowane są w czerwono-biały wzór. Postaci ludzkie nie są ani abstrakcyjne, ani realistyczne. Są co prawda bez twarzy, ale często rozpoznawalne. Nie trzeba dużej wyobraźni, by zobaczyć w nich fizyczne podobieństwo do niektórych osobistości politycznych lub artystycznych tamtych czasów. Artysta zapytany, czy było to zamierzone, skrywa odpowiedź w uśmiechu pod siwym wąsem.

   Na jednym z obrazów Stanisława Batrucha ludzie stoją z tobołkami przed granicznym szlabanem. Jeden z nich niesie przekreślony na krzyż obraz-sztalugę. To pamięć exodusu z Polski setek tysięcy ludzi w początku lat osiemdziesiątych. Ludzi, którzy unosili ze sobą przekreślone marzenia. Wracając z winobrania w Prowansji parę tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego, widziałem nocą, w listopadzie 1981 roku, na granicy czesko-niemieckiej dramatyczny sznur polskich samochodów wypełnionych rodzinami uciekającymi z Polski, pozostawiającymi za sobą połamane marzenia. Nigdy widoku tego nie zapomnę. Nie znalazłem go w relacjach telewizyjnych. Ale jest na szczęście na obrazie Stanisława Batrucha. Nie znaczy to, że Stanisław Batruch jest dokumentalistą rzeczywistości. On wchodzi w dyskurs z rzeczywistością. A może nawet w spór. Bo na innym jego obrazie są ci, którzy zostali. To Przywiązani do ziemi. W swoim cyklu Bariery Stanisław Batruch stosunkowo prostymi malarskimi środkami potrafił oddać atmosferę końca lat siedemdziesiątych. Profesor Czesław Rzepiński powiedział po obejrzeniu tego cyklu, że w sensie ideowym malarstwo Batrucha przypomina mu twórczość Artura Grottgera.

   Bunt przeciwko ograniczeniu wolności, podmiotowości człowieka, walka z dyrygentami, gorycz porażki, wszystko to można znaleźć w cyklu dużych obrazów, zatytułowanym Dyrygent baletu. Na jego początku dyrygent jest monumentalny, a mimo to kilku uczestników baletu nawet nie może go widzieć, bo są zasłonięci wielką czerwoną płaszczyzną. Zaś w ostatnich obrazach tego cyklu dyrygent baletu jest już tylko strachem na wróble. Ale i ci, którymi on dyryguje, też skarleli ze strachu i kręcą się w chocholim chyba tańcu. Jedynym lirycznym elementem na tym obrazie jest ptak, który usiadł na podniesionej ręce, w której strach-dyrygent trzyma batutę.

   Ten ptak to zapowiedź lirycznego okresu malarstwa Stanisława Batrucha, który przyszedł jak wyciszenie po okresie "Sturm und Drang". Chyba ten okres głównie miał na myśli profesor Ryszard Hunger, gdy w związku z postępowaniem o nadanie Stanisławowi Batruchowi tytułu profesora sztuk plastycznych tak przedstawił jego dorobek artystyczny:

   „Malarstwo Stanisława Batrucha charakteryzuje się siłą wyrazu, która bierze się z głębokiej zgodności, jaka zachodzi między artystycznym powołaniem, a bezpośrednim kontaktem z rzeczywistością. Temat człowieka zagrożonego i prześladowanego, napięcie życia w tłumie, groźby zniszczenia ludzkich wartości - wszystko to możemy odnaleźć w obrazach Batrucha przetworzone w oryginalną formę, o której decyduje kolor i jego swoiste zmaterializowanie. Dostrzec możemy zbieżność między światem uczucia i abstrakcyjnym światem rozumu. Między malarską afirmacją rzeczywistości a zwątpieniem. Postaci zamknięte w sobie, głęboko ludzkie tworzą galerię, w której uczucie nigdy nie jest zdegradowane do banałów sentymentalizmu. Współczucie nie wystarcza za usprawiedliwienie, apel do sumienia nie pozostaje jedynie zwykłym protestem. To humanistyczne malarstwo, tworzone mądrze i ze wzruszeniem, wyrosłe z poetyki, dotyka jednocześnie współczesnych dramatów. Nie czerpie z nich jednak potrzeby negacji i destrukcji."

   W maju 1990 roku Stanisław Batruch otrzymał prestiżową nagrodę fundacji Volkera Heitlanda, przyznawaną w Niemczech corocznie od 1980 roku jednemu artyście w uznaniu wybitnych osiągnięć artystycznych. To ważna niemiecka nagroda. Kandydatów do niej typuje kilkuosobowe Protektorium, w skład którego wchodzą artyści i krytycy sztuki. Otrzymało ją dotąd wielu najwybitniejszych niemieckich malarzy, między innymi Hetty Krist i Rolf Bóchter. A Stanisław Batruch był czwartym zagranicznym artystą, któremu ją przyznano. Przed nim otrzymali ją: Leonard Lehner z USA, Roberto Antonio Matta Echaurren z Chile i Jean Ipoustegny z Francji. W uzasadnieniu jej przyznania czytamy między innymi: „Generacja artystów, do której należy Batruch, była szczególnie zagrożona przez oportunizm i konformizm. Mimo to potrafił on rozwinąć swój indywidualny język artystyczny.(...) To, co go wyróżnia z wydarzeń artystycznych Polski, to bezpośrednie zderzenie z rzeczywistością i mniej lub bardziej zakodowane wizje różnych sytuacji. Nikt tak przenikliwie nie oddał charakterystycznej atmosfery życia swojego kraju. Jego artystyczna rozprawa z aktualnością i przeszłością zaznacza się w kręgu takich tematów jak: osaczenie, poddanie obserwacji, stanie w kolejce itd., co podkreślają takie motywy jak: mur, granica, dyktator, zbiorowisko ludzi czy emigracja."

   Wręczenie nagrody fundacji Volkera Heilan-da, połączone z wystawą prac artysty, miało miejsce na zamku w Celle, północnoniemieckim miasteczku, które w owym właśnie roku obchodziło swoje 1000-lecie. Ta nagroda jednocześnie symbolicznie zamknęła „publicystyczny" okres w twórczości Stanisława Batrucha.

   Potem przyszedł nowy okres, pełen skupienia, ale i wyciszenia. Zwiastowały go pejzaże z Mirabel, gdzie od 1981 roku Stanisław Batruch jeździ z przyjaciółmi z grupy twórczej „Błękitna Róża" na wspólne plenery wraz z artystami z „Nowej Darmstadckiej Secesji". Jest w tych pejzażach czerwień ziemi południowej Francji, głęboka zieleń (ktoś nazwał Batrucha mistrzem głębokiej zieleni) prowansalskich winnic i cyprysów sadzonych wzdłuż dróg pamiętających jeszcze czasy Cezara, i zmętniałe zielonkawe niebo. Takie, jakie zobaczyć można tam na południu przez kilka godzin, zanim zacznie wiać mistral. Wiatr, który przyprawiał o szaleństwo Van Gogha. Patrząc na nie, przypominam sobie zapach tymianku i innych ziół porastających obrzeża winnic. Rwaliśmy je garściami, by przywieźć do domu, by zapach wypełniał cały dom. Mają też obrazy Batrucha z Mirabel szorstką strukturę powierzchni. Lubię ich dotykać. Tak jak lubiłem wziąć do ręki garść tej czerwonej, południowej ziemi i poczuć jej ciepło i życiodajną siłę.

   W nowym okresie malarskim Stanisława Batrucha dramaty Syzyfa zastąpił człowiek w kra-obrazie i krajobraz. Ale nie jest to krajobraz cyzelowany, sielski czy sentymentalny. Tyle że kształt, który dawniej dominował w obrazie, zastąpił teraz kolor. Zgaszone dawniej kolory - szarości, niebieskości, czerń, brązy i fiolety - zastąpiła żywa zieleń, ostra żółć, jaskrawy pomarańcz. Obrazy emanują jednak spokojem i ładem. Profesor Ryszard Hunger widzi jego źródło w wyjątkowym słuchu kolorystycznym Batrucha (bardzo podoba mi się to poetyckie określenie: słuch kolorystyczny), „który nawet w ryzykownych zestawieniach pozwala odczuć smak wyrafinowania, oraz w przyjętej dyscyplinie kompozycyjnej, która chroni przed wszelką przypadkowością". Tak jest na obrazie W polu, w którym dwie kobiety idą polem z zaznaczonymi gdzieś tam na horyzoncie drzewami. Lub w Siewcy uginającym się pod ciężarem ziarna czy w Oraczu. Nawiązują one wprawdzie stylistycznie do poprzedniego okresu, ale nie ma w nich dramatycznych napięć. Wprawdzie w Strachach jurajskich z 1991 roku znajdziemy ten sam motyw co w Dyrygencie sprzed lat dwudziestu, ale ze Strachów jurajskich, w przeciwieństwie do Dyrygenta emanuje spokój i ład. Wynika to z innego potraktowania człowieka. - Czy nie jest to jakiś nawrót? - Zapytałem ostatnio Batrucha. - Tak, jest to nawrót, ale w innej konstrukcji formalnej - mówi artysta. - Dawniej używałem brutalnych płaszczyzn i określonych symboli. Jak malowałem na przykład szlaban, to był on zdecydowany, zdefiniowany, i choć był biało-czerwony, to jednocześnie uniwersalny. Właśnie ten uniwersalizm ówczesnej symboliki mojego malarstwa podkreślono w uzasadnieniu nadania mi nagrody Heitlanda. Niemieccy odbiorcy mojego malarstwa nie byli zainteresowani ewentualnymi odniesieniami do polskiej sytuacji politycznej. Każdy z nich odnosił to do innej, ale uniwersalnej sytuacji. To zresztą dotyczy wszystkich artystów używających symbolu. My przecież, oglądając Okropności wojny - Goyi czy Guernikę - Picassa, nie widzimy w nich ilustracji konkretnej sytuacji historycznej, ale generalny symbol okropności wojny. Gdy teraz maluję obraz Walka o fotel, to niektórzy też to odniosą do pewnych współczesnych sytuacji, ale robię to inaczej, bardziej po malarsku. Używam takich zestawień, które muszą charakteryzować obraz. Przedtem było mi to obojętne, bo bardziej się zajmowałem ideą niż warsztatem. Tym warsztatem czysto malarskim. A teraz to się odwróciło i bardziej zwracam uwagę, że to musi być tak ustawione, a tamto inaczej, że musi być kontrast. Jednym słowem teraz więcej opowiadam po malarsku.

   Zupełnie inny charakter mają jeszcze późniejsze obrazy: Tajemniczy ogród, Harenda, Stary dom, czy cykl jesiennych krajobrazów z Jury Krakowsko-Częstochowskiej.

   - Maluję coraz częściej krajobrazy - mówi Batruch. - Właściwie to malowałem je cały czas, ale w kontekście dawniejszego mojego malarstwa przedstawiającego Ideę - krajobraz wydawał mi się zbyt mało poważny, wręcz śmieszny. Wówczas krajobraz uprawiałem raczej jako ćwiczenie malarskie, a nie czystą wypowiedź. Ale widzę, że nie miałem powodu się wstydzić, bo to jest spora część mojej działalności malarskiej. Poza tym doszły nowe przeżycia w postaci wyjazdów za granicę - do Francji, do Włoch, i... powrót do moich rodzinnych, dziecinnych i młodzieńczych stron, w Beskid Niski. Pojawiły się cerkiewki łemkowskie. Powracam tam z sentymentem, bo to niebo mnie uczyło, te lasy mnie uczyły malarstwa. Ciągle napotykam tam na coś nowego, na co dawniej nie zwracałem uwagi - na błysk słońca na rzece, na błysk poruszającej się w strumieniu ryby. Teraz te rzeczy, na które dawniej nie zwracałem uwagi, bo były oczywiste, widzę mocniej. Zatem tematyka mojego malarstwa zatoczyła krąg, jestem znów jakby na początku, u moich korzeni. Ale to jest już inny początek. Tak jak na spirali. Patrzę na to samo miejsce, ale z wyższej pozycji.

   Pisząc przed kilku laty tekst do albumu obrazów Stanisława Batrucha, pytałem w konkluzji, czy malarstwo Stanisława Batrucha wyłamuje zamknięte dotąd drzwi, burzy mury i otwiera nowe perspektywy w malarstwie? Nie umiałem i nadal nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. I niech tak zostanie. Chciałbym powiedzieć, że tak. Ale jak i wtedy ponownie stwierdzę, że to jest jak u Norwida, który pisał o swojej poezji:

    Syn - minie pismo

    Lecz ty wspomnisz wnuku

   Więc na pytanie to, jak mniemam, odpowiedzą dopiero potomni.

 

                                                                                                                                                           Franciszek Palowski