Jerzy Nowakowski

    Autoportrety należy brać poważnie. Nawet wówczas, gdy wychodzą spod ręki artystki nazbyt pewnej swej urody, gdyż w każdym z nich odbija się starogrecka dewiza gnothi seauton, poznaj siebie samego. Nie lękaj się dokonać bolesnej nawet autowiwisekcji, bo właśnie w niej leży klucz twych stosunków ze światem. I samym sobą zarazem.
    Autoportret Jerzego Nowakowskiego z 1986 roku przedstawia szczupły tors w nienagannie skrojonej marynarce o modnych podówczas klapach i równie modnej koszuli, z ponad których unosi się skłębiona na kształt płaszcza Wielkiego Mistrza mózgopodobna magma ściśnięta poziomą belką. Może krzyża, którego kształt kompozycja przyjęła?
   Odwieczna dwoistość dychotomicznie zbudowanego świata, czy marzenie o wolności myśli, dysonans pomiędzy prawdą a pozorem rzeczy, bunt przeciw układnej uniformizacji, której symbolem stał się grzeczny mundurek nie wadzącego nikomu obywatela PRL albo całego cywilizowanego świata nawet, sytuacja w sztuce w końcu, przeżywającej kolejny okres burzy i naporu?
    Wszystko razem i każde oddzielnie zapewne. W pierwszym jednak i najważniejszym aspekcie świadomość własnej kondycji, jasne określenie swojego TU i TERAZ. Chłodna, badawcza analiza zatem i jej emocjonalna synteza, która wszak na zestawieniu kontrastów się wspiera i w nich najpełniej wyraża. A ponadto zderzenie tego, co wymierne, co materialne i możliwe do zamknięcia w określonej i rygorystycznej formie rzeźbiarskiej, co poddaje się opisowi kształtów i słów z tym, co niepodległe i niemożliwe do okiełzania. Fantazją? Bogactwem skojarzeń? Narastającym buntem? Z potęgą sił zdolnych się wyzwolić i rozsadzić układne normy? A może to wszystko i zwyczajny Weltschmertz schyłkowej epoki na dodatek, w której nam przyszło żyć?
    Motyw Autoportretu, jego idea zatem, pojawiła się trzynaście lat wcześniej, bo już w 1975 roku, pod tytułem Portret wieku XX; wtedy męski tors niósł na ramionach podłużny sześcian betonowego bloku z potężnym kluczem we wnętrzu, który ktoś starał się bezskutecznie wyrwać albo też raczej wykuć ciosami oskarda po to, by nim otworzyć... Lecz co? Wszak w tamtych latach wiele drzwi było zamkniętych na głucho z wrotami swobody na miejscu pierwszym? To zresztą nieważne. Natomiast ważnym jest, że cechą artysty jest uporczywe drążenie tematu, nieustanne nawroty do podjętego kiedyś problemu treściowego i formalnego, jeśli te dwie wartości można w ogóle w sztuce Nowakowskiego rozdzielić. Albo też nieco inaczej jeszcze -w jego twórczości nic nie jest definitywnie zamknięte, skończone i odłożone do lamusa rzeczy i problemów minionych. Sztuka Nowakowskiego nieustannie ewoluuje; tak było, jest i będzie zapewne zawsze. Jak jednak i od czego owa permanentna ewolucja się zaczęła?
    Od sztuki akademickiej rzecz jasna, lecz połączonej z prawdziwą fascynacją nieprześcignioną do dziś rzeźbą Egiptu i Grecji klasycznej, potęgą i hieratyzmem ci꿬kich monumentów epoki faraonów zarówno, jak skromnych pisarzy i pięknych kobiet, oraz „Doryforosa", „Niosącego włócznię", Polikleta, w którym zilustrował on zasady swego kanonu. To dobrze, gdyż nieco tylko parafrazując słowa Piłsudskiego „kto za młodu nie był socjalistą ten na starość zostanie świnią" można powiedzieć - kto z pośród młodych rzeźbiarzy lekceważył Grecję i Rzym - ten na starość przestanie w ogóle być rzeźbiarzem, bo jego tworom zabraknie kręgosłupa, zaczem wszystko rozsypie się w bezładzie chaosu, z którym poszukująca ładu i piękna kosmosu filozofia grecka wraz ze swą widzialną formą spokojnie, acz uparcie walczyły.
    Na razie jednak Nowakowski ruszył ostro do przodu. Tym ostrzej, że czasy były sposobne po temu, a na¬wet domagały się zajęcia zdecydowanego stanowiska.
    W latach młodości artysty walka z socrealizmem była już zakończona. Nowoczesność triumfowała w całej rozciągłości, a nowoczesny znaczyło podówczas -abstrakcyjny, bądź choćby tylko bezprzedmiotowy.
    Abstrakcja potrafi jednak wyrażać jedynie najbardziej ogólne pojęcia i takież emocje. Konkretyzacja, wszelka precyzja przesłania są jej niedostępne, a tego właśnie domagał się duch czasu i jego vox populi z artystami w rzędzie pierwszym, gdyż to im przecież historia wyznaczyła w naszym kraju rolę Wieszczów Narodu i jego Duchowych Przywódców we wszystkich kolejnych zaborach.
    Spontanicznie rodzi się sztuka publicystyczna. A właściwie po raz kolejny odradza, jako że ostatnią jej wielką manifestacją był Arsenał 1955 roku, zwany niekiedy „Wielkim" dla odróżnienia od drugiego Arsenału 88. Z Zachodu pomocną dłoń wyciągnęła Nowa figuracja, oraz zupełnie już zapomniane hasło „integracji sztuki", postulujące zacieranie granic pomiędzy dyscyplinami. Czystość kierunku, jego rygory i ograniczenia zostały rozluźnione, bądź też w ogóle przestały istnieć. Forma, materiał, faktura, ciążenie, logika wektorów działających w rzeźbie sił oraz ich równowaga - zakwestionowane. Rzeźba staje się w coraz większym stopniu architekturą z właściwym tej dyscyplinie konstrukcyjnym myśleniem i praktycznym traktowaniem przestrzeni.
    W pierwszym rzędzie Nowakowski uderza w ciężar, w prawo Newtona o powszechnym ciążeniu nawet. W legnickich Zakładach przemysłowych LEGMET projektuje monumentalną rzeźbę plenerową dla tamtejszego parku - dwie półkule, bądź też, naukowej terminologii używając - hemisfery nieznanego globu łączące się, bądź też przeciwnie - rozrywane w ostrych promieniach kosmicznego wybuchu. Nad ziemią, w jakiejś nieokreślonej przestrzeni, gdyż cokół został zredukowany do dwu niewidocznych niemal podpór.
    Nowakowski odebrał swej kompozycji jakże właściwy klasyce aspekt obojętnego, ponadczasowego trwania w wyizolowanej z życia sferze niezmiennej doskonałości. Wprowadził nastrój tymczasowości wraz z jego poczuciem zagrożenia i wizji czekającej świat katastrofy.
    Nasze, lokalne zagrożenia i nasze, narastające poczucie tymczasowości były jednak bliższe i bardziej dotkliwe od widma wiszącej nad światem groźby totalnego zniszczenia. I domagały się komentarza. Znalazły go w publicystyce: „pociąga mnie aktualność, wyrażanie bezpośredniego stosunku do rzeczywistości, doraźne, odmienne od tradycyjnych relacje tematyczne i formalne. Moja rzeźba, to dokument czasu, faktów, opinii. Istotą moich prac jest nawiązywanie do społecznych problemów współczesności, dyskusji wobec kształtu i treści przedstawianego zjawiska, podnoszenie do rangi symbolu przedmiotów należących do rzeczywistości..." („Echo Krakowa" 1985 r.) .Zatem reportaż, napisany językiem trójwymiarowej sztuki, więc „przestrzeń społeczna" i poruszający się w niej pojedynczy człowiek.
    Przestrzeń zgrzebna i szorstka jak nieheblowane drewno aranżacji w zderzeniu z potrzebami jednostki i jej aspiracjami - prymitywna, wąska jak listwa półka, na której stoją książki o sztuce i jej filozofii - Przeżycie i wartość, Myśli o sztuce, oraz, uwaga, Michałowskiego Jak Grecy tworzyli sztukę tuż obok Sculpture contemporaine oraz innych woluminów tej treści. Uboga baza i bogata nadbudowa, która miała być ponoć jej funkcją i wykwitem.
    W tym samym czasie powstaje Pomnik pokoleń, zwykły, drewniany wieszak z półką na kapelusze u góry, na której stoją w równym szeregu gipsowe „łebki" jakimi socjalizm czcił swych bohaterów - kobieta, mężczyzna i dziecko. Oficjalni, a nawet odświętni w swym pomnikowym spokoju. Pod nimi ich stroje - szare, codzienne, liche, bo szata nie tylko zdobi człowieka, lecz również go określa.
    Pomnik przyniósł Nowakowskiemu Grand Prix prestiżowej „Rzeźby roku", wystawy, w której młodzi tworzyli nową, buntowniczą wobec kanonu Dunikowskiego zwłaszcza sztukę prawdziwie trójwymiarową, (gdyż poruszającą problemy przestrzeni wewnętrznej rzeźby i jej zdolności wciągania przestrzeni zewnętrznej w swoja orbitę), który, jak mawialiśmy „zadunikowszczył" polską rzeźbę na długie lata.
    Równolegle artysta prowadzi drugi wątek, jakim jest zderzenie ucieleśnionego w geometrii ideału doskonałości bądź też marzenia o jego osiągnięciu -z realną rzeczywistością i takimiż możliwościami. Najbardziej okazałą z rzeźb tego cyklu jest pomnikowa w swym monumentalizmie forma doskonałego okręgu z trzewiami wylewającymi się z jego, rozdartego gwałtownym cięciem wnętrza (Rzeźba plenerowa w Tychach 1977 r.).
    Stan wojenny budzi nowe refleksje: w wyciętej w drewnie na kształt tarczy strzelniczej sylwetce człowieka jawią się stopy ukrzyżowanego Chrystusa, zaś w kompozycji Stoczniowcy tłem dla spiżowych twarzy jest płyta styropianu z napisem „Champion" - mistrz, lecz również zwycięzca. Szlachetny materiał sąsiaduje z tandetnym. Na równych prawach, lecz już niebawem go zwycięży. Jako wyraz powracającej wiary w trwałą i niezmienną wartość sztuki, w której piękno gra rolę nadrzędną i obiektu estetycznego ponad przesłanie, a przemyślanej formy nad konceptualne skojarzenie.
    Brąz zwyciężył? Raczej odniósł totalny triumf. Nawet zwykłe przedmioty zostaną w nim odlane podobnie, jak deski publicystycznych aranżacji oraz inne fragmenty naszego, szarego bytowania, gdyż brąz nobilituje, przenosi codzienność w sferę sacrum, w lepszy, bo trwały i urodziwy świat, w którym jest również nasze miejsce. Tę fazę twórczości artysty można nazwać utrwalaniem śladów istnień. Dominuje w niej rzeźbiarska materia i związana z nią organicznie wytworność dzieła a nawet jego nieskrywana elegancja. Lecz kompozycje Nowakowskiego nie przestają mówić; zmienia się tylko sposób artykułowania głosu, zaś mają rację Francuzi, z którymi n.b. Nowakowski spotyka się z okazji plenerów w ich kraju – c`est le ton qui fait la chancon.
    Trzecia faza, lata dziewięćdziesiąte, jest dalekim od dotychczasowego, żarliwego esktrawertyzmu czasem introspekcji. Nowakowski rzeźbi refleksyjne, znów na antyczną modlę zwarte Torsy bezgłowych, niekiedy okrutnie okaleczonych ludzi i cykl Introwersji, w którym wraca, acz na innym poziomie, do legnickiej rzeźby plenerowej sprzed dwudziestu już lat i późniejszej o lat kilka plenerowej kompozycji z Tych. Tyle, że w Legnicy sięgnął po inspiracje w bezmiar wszechświata; tu samowystarczalnym kosmosem staje się on sam i jego zaduma nad sobą. Zatem pozór, znana wszystkim strona zewnętrzna jego osoby i wypełniająca ją osobowość. Znów łączy materiały, acz w diametralnie różnych intencjach: kiedyś miały one aktualną, więc dramatyczną i symboliczną zarazem wymowę. Połączenie brązu o rozmaitej, lecz zawsze pieczołowicie dobranej barwie i fakturze z marmurem świadczy o definitywnym nawrocie wiary w ponadczasową trwałość sztuki i uniwersalizm jej przesłania. Grecja i Egipt zwyciężyły. Nowakowski już nie konstruuje swych dzieł. On je rzeźbi tak, jak to czynili jego wielcy poprzednicy. Inna jest forma. I tylko ona.
    Przyczyny tego stanu rzeczy są zapewne bardziej złożone. Cóż, w miarę upływu lat rozszerzają się horyzonty myślenia, a zgiełk codzienności i jej kalejdoskopowo zmienne obrazy przestają zasłaniać dalekie perspektywy, zza których stopniowo ukazują się rzeczy ważne, bo ostateczne. Jednym z milowych słupów na tej drodze był zapewne wielokrotny udział w Międzynarodowym Biennale rzeźby ku czci Dantego w Rawennie (w którym otrzymał Złoty Medal w 1981 roku) i - toutes proportions gardees - dorocznej wystawie „Zycie" w krakowskim szpitalu wojskowym. Tam -konfrontacja z Włochami, mistrzami elegancji i umiejętności wykorzystania szlachetnej formy i takiegoż materiału oraz wciąż i niezmiennie aktualnymi strofami Dantego - tu konieczność dotarcia do istoty podstawowych pojęć, oczyszczenia ich z gąszczu nasuwających się skojarzeń i wyświechtanych schematów ikonograficznych.
    Ponadto Nowakowski jest zgoła nietuzinkowym malarzem, natomiast malarstwo - to światło i kolor, to lśnienie polerowanego brązu skontrastowane z mrokiem jego matowych partii i barwa materiału. Nie koniec na tym - Nowakowski jest również jednym z Wielkich Mistrzów medalu. Naszego, lanego, więc miękkiego, romantycznego i malarskiego właśnie medalu, w którym piękno formy walczy o lepsze z celnością lapidarnego skrótu myślowego, z oczywistą jak jajko Kolumba metaforą, na którą nikt jednak wcześniej wpaść nie był w stanie, choć była tuż, na wyciągniecie ręki czy też w zasięgu myśli raczej. Dopiero suma tych talentów, umiejętności i etapów daje w wyniku obecne rzeźby.
    Czy pozostanie im wierny? Być może, choć równie prawdopodobnym jest, że znów rozejrzy się wokół, wyjdzie z wieży z kości słoniowej albo też innego, równie szlachetnego materiału i znów zacznie komentować nas i naszą rzeczywistość. A my znów dostrzeżemy w jego dziełach siebie. I nie będzie to zapewne nazbyt dla nas miły widok.
   
    Jerzy Madeyski