Teresa Wallis-Joniak

"Teresa Wallis-Joniak - Malarstwo"

  Na początku byt rytm. To on zrodził wszelką sztukę. Muzykę i poezję, i piękne pismo, i rzeźbę, i malarstwo - stwierdzi) autorytatywnie biskup Hippony, Augustyn, święty lecz również esteta niepośledniej miary. I trudno nie przyznać mu racji w tym względzie, bo oczywiście, rytm wprowadza ład w chaos dźwięków, barw i form. Ów ład jest podstawą i conditio sine qua non sztuki. Również jego jawna, lub niejako podskórna obecność leży u podstaw podobieństw, łączących wszystkie dyscypliny artystyczne i na nim też opierają się udane próby przełożenia dźwięków na obraz lub przeciwnie. Tylko na rytm też reagujemy równie silnie, jak na barwy, w czym nic dziwnego, zważywszy, że sami jesteśmy rytmem i w rytmicznym też żyjemy otoczeniu: w jego takt bije nasze serce i rytm dni wyznacza nasze istnienie. Lecz dość już może tego, niezrozumiałego zrazu wprowadzenia do sztuki Teresy Wallis-Joniak, choć w ostatecznej konkluzji wydaje się ono celowe: otóż matka artystki była pianistką. Studiowała zaś w berlińskim konserwatorium o mile brzmiącej nazwie "Sternchen", gwiazdka, z samym Arturem Rubinsteinem, co świadczy o renomie tej szkoły. Teresa Wallis-Joniak rosła i dojrzewała w domu wypełnionym muzyką. Dobrą, lub nawet świetną muzyką, należy dodać, a ta sprzyja rozwojowi wrażliwości na sztukę, o czym wiem, gdyż również moja matka kończyła konserwatorium w klasie fortepianu. Tyle że wiedeńskie, co jednak nie należy do rzeczy. Ojciec Teresy Wallis był dla odmiany znanym etnografem, a dziadek inżynierem - konstruktorem, przyjmowanym na berlińskim dworze Hohenzollernów, a inżynieria była zawsze zaliczana do sztuk. Czasem nawet wyżej od malarstwa stawianych, jak w przypadku Leonarda. Czyż można się więc dziwić artystycznym zamiłowaniom młodziutkiej Teresy Wallis?. Zaczęła więc malować w dziecinnych jeszcze latach. Spontanicznie i con amore i te również - jakże cenne, acz często niedocenione przymioty towarzyszą jej do dziś. Tyle że pomnożone wiedzą, doświadczeniem i świadomością dojrzałej artystki. Niemniej organiczna wręcz potrzeba malowania pozostała nie zmieniona i nie naruszona. Dla siebie tylko, lub głównie i w pierwszym rzędzie. Nie dla sławy zatem lub pieniędzy, jak to się zawsze zdarzało, zdarza i zapewne zdarzać będzie. Sztuka jest bowiem dla Teresy Wallis-Joniak facon d'etre, najbardziej naturalnym sposobem życia i bycia, a przy tym źródłem nieustającej radości i ucieczką od brzydoty w najszerszym tego słowa rozumieniu, o czym wiedział nawet daleki od optymizmu Fiodor Dostojewski, mówiąc, że piękno zbawi świat. A jeśli go nawet zbawić nie może w jego totalnym wymiarze - to potrafi odgrodzić jednostkę i najbliższe jej istoty od wszelkiej szpetoty. Tudzież pozwolić spojrzeć na otoczenie innych życzliwymi oczyma. Zaś te dostrzegą tylko najjaśniejsze strony rzeczywistości.
  Z takiego właśnie materiału, z takich spostrzeżeń, uczuć i przemyśleń Teresa Wallis-Joniak zbudowała swą sztukę. Najlepiej zaś przystosowanym i przygotowanym do opiewania urody świata nurtem był, i nadal w naszym przynajmniej stuleciu pozostaje, impresjonizm i jego pochodne. Nurt, który zdobył wstępnym bojem sale wystawowe i salony międzywojennej Polski i wyniósł na akademickie kadry swych najwybitniejszych przedstawicieli, a było ich wielu. W tym zwłaszcza w Krakowie, skąd uczniowie Pankiewicza wyruszyli na studia do Paryża, gdzie zdobyli szlify prawdziwych europejskich malarzy. A to znaczyło wówczas - najbardziej światowych i najbardziej en vogue, boć przecie Paryż był w tamtych latach niekwestionowaną stolicą sztuki, a Kraków pełnił jego rolę w naszym kraju, dla której to przyczyny mówiono do niedawna jeszcze o "krakowskim koloryźmie". Tego właśnie, "krakowskiego koloryzmu" nauczano na Akademii jako jedynego w zasadzie godnego współczesnego malarza sposobu budowania obrazu, lub raczej - "gry barwnej na płaszczyźnie", jak mawiano w kręgach wtajemniczonych. Lecz wówczas, po wojnie, klasyczny krakowski koloryzm miał już swój heroiczny okres poza sobą. Stał się, jak to zostało już powiedziane - przedmiotem nauczania.
A ten musi być ujęty w karby i obwarowany stosowną sumą zakazów i nakazów. Musi - chcąc nie chcąc - zmienić się w regułę, w receptę na malowanie dobrego, czyli pozbawionego błędów obrazu. Brak błędów, jaką jest gatunkowa czystość, oznacza jednak zaledwie poprawność. Czy można się zatem dziwić młodym buntowniczym z racji wieku i powołania adeptom sztuk pięknych, że - z całym szacunkiem dla mistrzostwa swych pedagogów - jęli szukać sobie terenów ryzyka? Tego ryzyka, bez którego nie ma prawdziwej sztuki?
  W latach powojennych polem tym była przestrzeń i mocno z nią związana postkubistyczna geometryzacja. Pociągała młodych swą innością, lecz nie tylko: również lekceważeniem największego sacrum postimpresjonistycznej doktryny, jaką była malarska płaszczyzna. Zwrot - "on przedziurawił płaszczyznę", lub krócej - "o, dziura!" dyskredytował obraz i odbierał mu wszelką wartość. Czy można się dziwić, że dziurowanie świętości kusiło młodych nieodpartą mocą zakazanego owocu?. Teresa Wallis-Joniak zaczęła więc od geometrii, nie zapominając jednak o kolorze i jego podwójnej naturze. Emocjonalnej i konstrukcyjnej. Tak właśnie, jak go traktowali artyści z kręgu Sonii i Roberta Dalaunay, a przed nimi Cézanne, zalecający postrzeganie natury poprzez walec, kulę i stożek. No i pragnący uczynić z impresjonizmu coś równie trwałego, jak sztuka muzeów.
  Lecz to nie oni jednak stali się jej ulubionymi malarzami. Ulubiony natomiast znaczy w tej szczególnej profesji - bliski duchem, ten, któremu chciałoby się dorównać, zrobić to samo, lecz po swojemu. A jeśli to możliwe - lepiej. Ulubionymi malarzami Teresy Wallis-Joniak są bowiem Tintoretto, Veronese i Goya. Dwu Wenecjan z najgorętszego okresu tamtego malarstwa i Hiszpan o wrzącym temperamencie i poczuciu takiej, ze nie liczącej się z nikim i niczym swobody i niezależności. Bo właśnie poczucie pełnej wolności łączy owych trzech, z pozoru tak sobie różnych malarzy. Nic nie jest w stanie położyć tamy ich wyobraźni. Żadne nakazy, żadne tabu i rygory, poza dobrym smakiem i malarskim instynktem. Oraz lekkość traktowania tematu, owo specyficzne i właściwe tylko dobrym i bardzo dobrym artystom wrażenie, jakoby ich obraz powstawał sam z siebie, bez trudu i mozołu, o czym tak przekonywująco pisał Francesco de Hollanda przed pięcioma już wiekami.
  Lecz to nie koniec jeszcze: ulubionym pisarzem artystki jest Dickens, mistrz refleksji, zrodzonej z drobnych, codziennych i zda się - niepozornych spraw, które potrafi podnieść do rangi i poziomu rzeczy najważniejszych i jedynych. Muzyka, wielcy mistrzowie renesansu, z nikim nieporównywalny Goya i - nagle, jak Deus ex machina - trzeźwy, wiktoriański Anglik? Tak, bo tenże Dickens potrafił poruszyć serca ludzi prostotą swej opowieści i trafną interpretacją faktów, i więcej nawet - umiał sugerować, że niczego poza nią nie ma, bo być nie może. A jeśli nawet jest - to nie zasługuje na uwagę, przygniecione przez temat największy i najważniejszy, temat jedyny. W sztuce Teresy Wallis-Joniak jest nim zachwyt nad światem i jego pięknem. Prawdziwym pięknem, a nie jego chłodną i dekoracyjną namiastką, w jaką tak często zmieniał się gorący przecież nurt postimpresjonizmu. Lecz świat oszałamia bogactwem form i barw. Należy więc wybrać z niego to, co najważniejsze, bo rację miał Nitzche pisząc, że artystom nie wolno postrzegać rzeczy takimi, jakimi są naprawdę". Właśnie wybór też i dokonane przez artystę zmiany określają temperament malarza i wyznaczają etapy jego rozwoju.
  Teresa Wallis-Joniak wyraża więc swe zauroczenie światem poprzez linie jego budowy, kolor i światło. Na równi, acz z coraz większą przewagą a nawet dominacją koloru i światłocienia, co plasuje ją w kręgu, lub też najbliższych regionach, ekspresjonizmu barwnego. Tym bliższych, że artystka ignoruje często koloryt lokalny, że jej tonacje i dominanty są autonomiczne, dalekie od prostej rejestracji rzeczywistości. Natura, czy szerzej - obiektywny widok - daje impuls, przeżycie i temperaturę emocji. Reszta jest sztuką.
  Teresa Wallis-Joniak rozpoczyna pracę od szkiców. Wielu szkiców, z których wybiera motywy i przetwarza je, podkreślając to, co w nich dla niej najważniejsze. "Bawią mnie plamy światła na trawie, czasem pies, czasem linie przecinające się w głębi pejzażu - lecz zawsze wyrażone kolorem. Kiedyś malowałam greckie rzeźby tak pięknie kontrastujące z zielenią... Różnie to bywa, bo nie istnieje żadna reguła. Jestem całkiem nieregularna." - powiada.
  A jednak. A jednak w owej nieregularności pewne reguły istnieją. Nie bez przyczyny w tak wielu obrazach Teresy Wallis-Joniak pojawia się architektura. Wyraźna i wyrazista siatka jej pionów i poziomów, okien oraz drzwi, dachów, narożników i gzymsów tworzy dalekie tło, lub scenę, na której artystka rozgrywa swe wielkie theatrum światła i cienia, ciepłych, słonecznych tonów, zestawionych z dźwięcznymi chłodami błękitów i zieleni. Częsty, acz być może - podświadomy wybór architektury świadczy jednak o potrzebie rytmu. Koło się zamyka. Tudzież o aprobacie ingerencji człowieka i jego myśli w naturę. A to niemało, gdyż wielu współczesnych pejzażystów, do których Teresa Wallis-Joniak - mimo podejmowania wielu innych motywów, jak portret czy martwa natura - się w rzędzie pierwszym zalicza, poszukuje i przedkłada ponad nią krajobraz dziewiczy", bo nietknięty jakoby ludzką ręką. Jakoby, ponieważ w Europie pejzaż taki przestał już istnieć przed paroma wiekami.
  Architektura, rytm, myśl i emocja zawarta w jej metrum, spokojnym, jak spacerowy krok, szybkim jak bieg lub złamany synkopą jak nagła zmiana nastroju. Kolor wraz z światłocieniem i rysunek, wszystkie złączone ze sobą głoski malarskiego języka mają wyrażać siłę. "Bo obraz - mówi artystka - ma działać, ma oddawać mnie i moje emocje, moje wzruszenia i uczucia. To ważniejsze nawet od klimatu rzeczywistości". Ważniejsze od obiektywnej prawdy zatem.
A my jej wierzymy, bo sztuka ma wielką moc przekonywania.

  Suplement.
  Należy chyba uprzedzić nieuniknione pytanie, tyczące podobieństw łączących sztukę małżeństwa Joniaków. Bo są podobni, gdyż podobnymi po prostu być do siebie muszą. Wszak dojrzewali w tym samym mieście i środowisku, ulegali więc tym samym fascynacjom i pasjonowali się tymi samymi zagadnieniami plastycznymi. Ponadto działo się to w niepojętej już dla najmłodszych, a zapomnianej często przez starszych, epoce hegemonii czystych kierunków w sztuce. Wyraźnie od siebie odgraniczonych, gdyż różniących się tym, co w dobrej sztuce najważniejsze - w leżącej u ich podstaw filozofii i światopoglądzie artystycznym, wraz z wyznaczoną przezeń hierarchią wartości. Wtedy zatem, gdy twórców nie obowiązywała jeszcze inność za wszelką cenę, bo czułe oko znacznie od demonstracyjnej odrębności wyżej ceniono.
  Obecnie państwo Joniakowie podróżują razem, oglądają te same widoki, ulegają podobnym zauroczeniom. I są ze sobą od lat wielu. Również dla tych właśnie przyczyn: dla podobieństwa temperamentów, zainteresowań i stosunku do życia. Jednako życzliwego i pogodnego, co znajduje odbicie w ich malarstwie. Jakże więc mogliby nie być podobni?. Lecz łączące ich związki przypominają dyskurs, toczony przez Niemca i Francuza, w którym pierwszy powiada: z czysto naukowego punktu widzenia, różnice pomiędzy kobietą a mężczyzną są niewielkie... - na co drugi - ale niech żyją te drobne różnice!

                                                                                                                                                              Jerzy Madeyski