Polski English o galerii artyści katalog wydarzenia współpraca usługi wydawnictwa partnerzy newsletter kontakt strona główna
"Sowy i Pegazy"

  Całe pokolenia krytyków sztuki oraz autorów podręczników szkolnych i akademickich zachwycały się znakomitym gustem starożytnych Greków - między innymi z powodu cudownej, nieskalanej bieli pozostałych w spadku po ich cywilizacji posągów. Gdzieś tak z grubsza rzecz biorąc w połowie XX wieku, kiedy głównie dla potrzeb elektroniki, wymagającej super czystych materiałów, opracowano metody mikroanalizy, chemicy wzięli na warsztat owe starożytne arcydzieła, po czym stwierdzili, że Grecy dostojne marmurowe rzeźby malowali - i to dość jaskrawo. Nauki przyrodnicze cieszyły się już wtedy wystarczającym autorytetem, aby tej rewelacji humaniści nie usiłowali podważyć; po prostu jest ona, przynajmniej w opracowaniach popularnych, wyniośle pomijana. W każdym razie, nikt nie wysunął na serio koncepcji, aby w ramach czynności konserwatorskich pomalować na przykład posąg Zeusa.
  Bronisław Chromy swoich rzeźb malować nie musi, bo są kolorowe od chwili narodzin. Ktoś bardzo słusznie zauważył, że przy ich tworzeniu z upodobaniem stosuje receptę dokładnie przeciwną niż Michał Anioł. Jak wiadomo, ów tytan epoki renesansu twierdził, iż rzeźba potencjalnie istnieje w każdym kamieniu - trzeba ją tylko dostrzec i usunąć dłutem zbędne kawałki, aby ujawniła się w pełnej okazałości. Chromy niczego z kamienia nie usuwa, lecz uzupełnia gładkie otoczaki metalowymi odlewami tak, że stają się one elementami rzeźby, najczęściej zoomorficznej. Naturalne barwy kamienia i metalu stanowią integralną całość z przestrzenną formą. Współtworzą nastrój. Na pewno nieprzypadkowe są ostre i przyćmione zielenie patynowanego brązu Sów, Gołębi czy Żółwi - ani srebrzystoszara tonacja pierwszego wielkiego dzieła Bronisława Chromego, Cyklu oświęcimskiego. A od szkiców projektowanej rzeźby i operowania kolorem tylko mały krok do czystego malarstwa. Jak mawiali starożytni, vańatio delectat, „odmiana sprawia przyjemność".
  Wielu artystów uprawiało jednocześnie oba te rodzaje sztuki. Bronisław Chromy jest wyjątkiem o tyle, że spróbował przenosić swe przemyślenia i nastroje na płótno w wieku dość późnym. Wypożyczył blejtram i farby od córki Kingi, w owym czasie studentki Wydziału Malarstwa krakowskiej ASP - i stworzył pierwszy „dorosły" obraz. Jak łatwo zgadnąć, obraz dobry, bo artysta w pełni dojrzały i powszechnie uznany nie pokazałby nam rzeczy błahej lub wręcz tandetnej. Po prostu, niczego byśmy się o takiej nieudanej próbie nie dowiedzieli. Wcześniej, gdy sam był jeszcze studentem, malował w wolnych chwilach, zapewne całkiem nieźle, skoro profesor Hanna Rudzka-Cybisowa proponowała mu naukę w swej pracowni. Propozycji nie przyjął, kwitując ją żartobliwą uwagą, że duży, silny chłop wyglądałby śmiesznie z lekkim pędzelkiem w dłoni. Może zresztą nie był to tylko żart: wykonanie rzeźby wymaga naprawdę solidnego wkładu ciężkiej, czysto fizycznej pracy, której przy sztalugach mogłoby brakować rosłemu, wychowanemu na wsi i zaprawionemu do codziennego wysiłku mężczyźnie.
  Pierwszym moim odczuciem w zetknięciu z malarstwem Bronisława Chromego było zakłopotanie. To bardzo ludzki odruch. Najważniejsze zadanie Adama w rajskim ogrodzie polegało na nazwaniu otaczających go zwierząt, roślin oraz przedmiotów - i tak zostało do dzisiaj: czujemy się pewniej, gdy potrafimy coś nazwać, zakwalifikować. Te obrazy wymykały się próbom klasyfikacji już choćby przez swoją różnorodność. Stwierdzenie to okazało się jednak tylko źródłem kolejnej zagadki: odmienne między sobą dominującymi barwami, klimatem, obecnością lub brakiem ostrych kontrastów, nawet sposobem nakładania farby płótna w jakiś niepojęty sposób wołały, że wszystkie są pracami tego samego autora. Nie tylko dlatego, że artysta ukazuje w nich z reguły nie tkniętą działaniem ludzkiej ręki przyrodę, wyraźnie stroniąc od krajobrazów zurbanizowanych. Naturalnie, każdy kandydat na malarza albo stworzy swój indywidualny styl, albo prawdziwym malarzem nigdy nie zostanie - ale truizmem jest także uwaga, że choć Degas malował inaczej od Moneta, obaj należą do jednej grupy, w której przy najlepszej woli nie da się zamknąć na przykład Siemiradzkiego czy Repina. Malarstwa Bronisława Chromego nie udało mi się zaszufladkować w sposób zadowalający choćby tylko mnie samego, więc świadom swej porażki zstąpiłem z akademickiej katedry i po prostu dzielę się kilkoma czysto osobistymi wrażeniami na ich temat.
  „O zieleni można nieskończenie" - napisał Julian Tuwim. Ta poetycka uwaga sprawdza się w przypadku obrazów Bronisława Chromego. Od zieloności niemal szarej w przytłumionym świetle zmierzchu do zieleni jaskrawej świeżością wiosennej trawy, od tonów świetlistych do graniczących z czernią - zieleń jest obecna wszędzie. Czasem dopełnia ją błękit wody i nieba, czasem podkreśla, kontrastuje agresywna czerwień. Wolno domniemywać, że artysta po prostu lubi ten kolor - czy raczej całą gamę zielonych tonacji. Może to efekt spędzonego na wsi dzieciństwa, może sympatia wzięła się od zielonkawej barwy patyny, którą w swej pracowni pokrywał brązowe rzeźby?. Mało istotne. Ważne, że zieleń owa dobrze służy pięknu. Właśnie prawdziwemu pięknu, bo nigdy nie odważyłbym się nazwać jego prac „ładnymi". Ładne, miłe, sympatyczne po stosunkowo krótkim czasie powszednieje, zaczyna pełnić rolę tła - natomiast obrazy Bronisława Chromego są w każdym wnętrzu akcentem dominującym. Przyciągają uwagę, aktywnie budzą rozmaite skojarzenia i refleksje. Nie pozwalają na obojętność. W najbardziej nawet wytłumionych kolorystycznie płótnach, takich jak Zakochani albo Uciszająca fale jawi się jakiś niepokój. Nie jest to nerwowość lub groza, lecz jakby ucisk ziarenka piasku, wokół którego wrażliwa dusza odbiorcy może uformować perłę. Gruboskórna - ucisku ziarenka piasku nie odczuje.
  Oglądając obrazy z należnym namaszczeniem odniosłem przede wszystkim wrażenie, iż Bronisław Chromy maluje ruch. Jest to spostrzeżenie całkiem oczywiste w przypadku tak dynamicznych płócien jak Stadnina czy Narodziny Pegaza; w pokrętnym locie sportretowane zostały nietoperze, otoczone secesyjnie ukształtowanymi wirami ciemnego błękitu. W niezrozumiały, ale trafiający do mojej podświadomości sposób ruch jako potencjalna konieczność jest jednak także obecny w pejzażach na pierwszy rzut oka stabilnych, wyważonych. Patrząc na nie mimo woli oczekuję, że przyczajone na brzegach polanki cietrzewie za chwilę bojowo rzucą się na siebie, zastygłe nad jeziorem w hieratycznych pozach żurawie rozwiną szeroko skrzydła i wzbiją się w powietrze, czapla błyskawicznym ciosem dzioba pochwyci nieostrożną rybę, spokojnie wędrujące po ściernisku kuropatwy zerwą się do ucieczki po dostrzeżeniu jakiegoś niebezpieczeństwa. Nawet patrząc na cichy staw z kwitnącymi nenufarami spodziewam się jakiejś niespodzianki. Może za moment odpoczywająca na Uściu żaba złapie przefruwającą nieopodal ważkę, może z głębiny wynurzy się nagle jakiś znacznie od niej potężniejszy drapieżnik? Na marginesie dodam, że artysta namawiał kiedyś prezydenta Krakowa, aby w nurcie Wisły naprzeciw Wawelu umieścić łeb buchającego ogniem smoka, a na brzegu wesprzeć dwie wielkie, gadzie łapy. Te widoczne elementy pozwoliłyby domyślać się widzom ogromu ukrytego w wodzie potwornego cielska, de facto nie istniejącego. Koncepcja bardzo się prezydentowi spodobała, drogę do jej realizacji zamknęły pustki w miejskiej kasie.
  Ruch w obrazach Bronisława Chromego nie jest jednak chaosem, lecz harmonią. Jest melodią - nie tylko w impresji Mazurskiego koncertu lub Muzyki jeziora. Konie niczym planety wirują po wyznaczonych prawami fizyki orbitach wokół słońca - Pegaza; napowietrzny balet nietoperzy poddaje się koncepcji niewidzialnego choreografa, sowy płyną bezszelestnym, pełnym gracji lotem. Widać tu, podobnie jak na zwolnionych firmach przyrodniczych, że pozorna lekkość kryje w sobie siłę, że aby osiągnąć cel należy pokonać opór materii - powietrza, wody, piasku, trawy, a także własnego ciała.
  Z twardym oporem materii - w dosłownym i przenośnym tego zwrotu znaczeniu - Bronisław Chromy borykał się przez całe życie. Urodził się w roku 1925 w małej wiosce Leńcze, położonej o trzydzieści kilometrów od Krakowa, w okolicy pięknej wprawdzie, lecz raczej ubogiej. Ubogimi byli też jego rodzice. Od krańcowej nędzy, od głodu potrafili się jakoś opędzić, ale kiedy dzieci ze wsi jechały na szkolną wycieczkę do Krakowa, mały Bronek musiał pozostać w domu. Nie starczyło pieniędzy na jej opłacenie. Po raz pierwszy zobaczył królewskie miasto, kiedy udało mu się namówić matkę na pieszą wyprawę. Trzydzieści kilometrów po piaszczystych i wyboistych prowincjonalnych drogach w jedną stronę, trzydzieści w drugą...Trzeba było naprawdę pragnąć nowych wrażeń, aby dokonać takiego wyczynu i wykazać wiele hartu ducha, aby potem wrócić do rzetelnego wypełniania codziennych obowiązków.
  Niepowtarzalna atmosfera Krakowa nie spowodowała jednak wielkiego przełomu w upodobaniach Bronka. Odwiedził wprawdzie miasto jako siódmoklasista, ale też w pewnym sensie jako człowiek już ukształtowany. Rzeźbił od dzieciństwa - słabymi, dziecięcymi dłońmi w miękkiej brukwi, potem, nieco silniejszymi, w drewnie. Uskładała się z tego rzeźbienia pokaźna kolekcja podziwianych przez rodzinę i sąsiadów figurek, a także artystycznie wykonanych przedmiotów użytkowych - kubków, maselniczek, kołowrotków. Krótkie zetknięcie z zabytkami podwawelskiego grodu było raczej afirmacją wcześniejszych pragnień.
  Ze zrozumiałych względów szkół na wsi ukończył niewiele. Nie tylko dlatego, że okolica bynajmniej nie obfitowała w instytucje oświatowe nawet w wolnej Polsce, a co dopiero w okresie hitlerowskiej okupacji, kiedy to śmierć, a nie muza często zaglądała ludziom w oczy. Parę razy zajrzała również Bronkowi - na przykład wtedy, gdy Niemcy zatrzymali go z kieszenią pełną fałszowanych kolczyków dla trzody. Za takie przestępstwo jak pozbawianie porcji mięsa nadludzi III Rzeszy można było od razu zostać rozstrzelanym. Ojciec zmarł, kiedy Bronek miał piętnaście lat. Dorastający chłopak musiał przejąć obowiązki gospodarza, pomóc matce uratować dom, ziemię, całe niebogate, ale przecież zapewniające egzystencję gospodarstwo.
  Los uśmiechnął się do niego, gdy za sprawą starszego brata Jana znalazł zatrudnienie w artystycznej odlewni metalu Franciszka Kieslera. Jan był wysoko cenionym pracownikiem, właściciel zakładu przystał na jego prośbę. Talent dwudziestoletniego Bronisława - już nie Bronka - prawie natychmiast zwrócił uwagę popularnego w owym czasie rzeźbiarza, Karola Hukana. I stało się to, co w zwykłym trybie zdarzeń było niemożliwe: dzięki wręcz entuzjastycznej opinii profesora Hukana Bronisław Chromy został studentem krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych - formalnie, zaraz po błyskawicznym uzyskaniu w eksternistycznym trybie świadectwa maturalnego. Nie znaczy to, że było mu łatwo: jako syn „kułaczki" (posiadającej raptem pięć hektarów jałowej, górskiej ziemi) musiał po nocach rozładowywać wagony, aby rano kupić kawałek chleba. Dopiero na drugim roku studiów dostał stypendium dla przodowników nauki, niezależne od wyliczonego urzędniczo statusu finansowego rodziny. Studiował pod kierunkiem rzeźbiarza światowego formatu, Xawerego Dunikowskiego - ale wbrew często powtarzanemu powiedzeniu, iż „w cieniu potężnych drzew nic nie wyrasta", on sam wyrósł na artystyczną osobowość wielkiej miary. Skądinąd, nie było winą Dunikowskiego, że znajdował tak licznych naśladowców; Bronisław Chromy wspomina go jako człowieka, który uczył go, jak być sobą.
  Rzeźby Bronisława Chromego są powszechnie znane - nawet wśród ludzi, którzy nigdy nie zadali sobie trudu sprawdzenia, kto jest ich autorem. W Krakowie od roku 1963 stoi Smok Wawelski, a od roku 1992 - Pomnik Żołnierzy Polski Walczącej; na Placu Wolnica jest usytuowana Fontanna Grajków, na terenie Akademii Wychowania Fizycznego - pomnik Bronisława Czecha, przed Parkiem Lotników - pomnik upamiętniający polskich pilotów poległych na wszystkich frontach II wojny światowej. W Zielonkach koło Krakowa znalazł miejsce pomnik polskiego papieża, Jana Pawła II. Gdy monumenty przestano traktować ze śmiertelną powagą, w Krakowie stanęły także pomniki „Piwnicy pod Baranami" i psa Dżoka. Do jego najczęściej oglądanych dzieł należą także Pomnik Żołnierzy Polskich w Katowicach, pomnik Jana Pawła II w Tarnowie, pomnik ku czci polskich żołnierzy poległych w bitwie o Wielką Brytanię na Międzynarodowym Cmentarzu Wojskowym w Brookwood pod Londynem i pomnik Bartosza Głowackiego w Radzienicach koło Racławic. Ogółem, artysta wykonał siedemnaście pomników, setki rzeźb plenerowych i tysiące kameralnych. Samych smoków wawelskich wyszło z jego pracowni ponad sześćset - przy czym nie ma wśród nich nawet dwóch identycznych. Bronisław Chromy stworzył także „Głowy Piwniczan", statuetkę „Oskara Serca" dla Fundacji Kardiochirurgii w Zabrzu, medale Festiwalu Teatrów Lalek w Bielsku-Białej, statuetki „Złotego Smoka" oraz „Lajkonika" na krakowskie Międzynarodowe Festiwale Filmów Krótkometrażowych, statuetki „Pegaza" na zakopiańskie Przeglądy Filmów o Sztuce, medal na Międzynarodowe Biennale Twórczości Osób Niepełnosprawnych, medal na Bielską Jesień.
  W realnym świecie Bronisław Chromy rzeźbi w materiałach trudnych - w sferze idei natomiast bez posądzenia o megalomanię może odnieść do siebie słynne słowa Horacego exegi monumentum aere perennius, „zbudowałem pomnik trwalszy od spiżu". Dodam, że na ów metaforyczny pomnik składa się także tom wierszy, z którym niebawem będziemy mogli się zapoznać. Nadal twórczy mimo przekroczenia osiemdziesiątki artysta w rozmowie ze mną zdradził sekret sukcesu, który wyniósł go z wiejskiej chaty na profesorską katedrę.
  - Ci, co pracowali na roli, wiedzą, że wstać trzeba o świcie, aby ze wszystkim zdążyć; to mi zostało z dawnych lat - oświadczył.
  Stwierdzenie tak proste, że aż wyrafinowane i genialne. Podobnie jak malarstwo Bronisława Chromego, które z niekłamaną przyjemnością prezentujemy w Galerii Krakowskiego Banku Spółdzielczego.

                                                                                                                                                       Jerzy Skrobot